Piątkowy wieczór, 14. stycznia we Wrocławiu, początkowo w wąskim gronie, lecz nasza liczba sukcesywnie wzrastała jeszcze przez noc i dzień kolejny – tak rozpoczeło się wrocławskie spotkanie drużynowych wędrowników z Wielkopolski. Po kolacji mieliśmy długą chwilę odprężenia i oglądaliśmy film, który powinien obejrzeć każdy wędrownik. Była to Prosta historia Davida Lyncha.
W sobotę czekała nas wyprawa rowerowa do KL Gross-Rosen. Przewidywany czas pokonania tych 70 km. wynosił 3 – 4 godziny… Jechaliśmy ponad 6 godzin w zacinającym w twarz wietrze, który przy nagłych zmianach kierunku potrafił szarpać niemiłosiernie. Rzadkością był widok słońca wychylającego się zza chmur, jakby tego było mało, chmur niosących ze sobą opady deszczu i gradu. Nie było lekko. Z 6 osób, które wyruszyły z Wrocławia cel osiągnęło tylko 5 – jeden rower uległ uszkodzeniom niemożliwym do naprawienia w warunkach polowych. Pechowca czekały niezliczone próby złapania stopa i 10 km. drogi na pociąg. W końcu jednak stanęliśmy w miejscu gdzie prawdopodobnie zginął syn Wielkopolskiej ziemi, bohater wielkopolskiej chorągwi harcerzy – hm. Florian Marciniak. Był to dla nas prawdziwy wyczyn niosący za sobą niemałą dumę.
Gross-Rosen zwiedzaliśmy w biegu. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej i nie spóźnić się na powrotny pociąg do Wrocławia. Nie zabrakło nam jednak czasu, aby pod tablicą upamiętniającą pierwszego naczelnika Szarych Szeregów oddać się chwili modlitwy i zadumy. We Wrocławiu ledwie zdążyliśmy przybyć do harcówki 49 Wrocławskiej Drużyny Harcerzy Leśni – Szare Wilki, która była naszą kwaterą, a już przybył do nas pierwszy gość.
Pan Roman Szczepański jest bardzo niepozornym 50-latkiem. Prowadzi mały sklep rowerowy, który zaciekawić może wiszącymi tam fotografiami wykonanymi przez pana Romana podczas jednej z jego niezwykłych wypraw. Można o nich poczytać na jego stronie internetowej, lecz przybliżę tu jedną z nich. Pan Roman wraz ze swym kolegą Ryszardem Grygonisem pokonał dystans ponad 1600 km z Wrocławia do Watykanu jadąc na zmianę, w sumie po 27 godzin każdy. Tak w 54 godziny dotarli do Watykanu, by uczcić 27 lat pontyfikatu Jana Pawła II i złożyć na jego grobie płytę kompaktową z nagranymi prośbami o wstawiennictwo.
Następnym naszym gościem był druh Grzegorz Makuch, członek Stowarzyszenia Harcerstwa Katolickiego "Zawisza", który starał się nam przybliżyć zasady funkcjonowania Stowarzyszenia i podzielić się z nami swoim doświadczeniem w pracy z kręgami wędrowniczymi, które odpowiadają naszym drużynom wędrowników. Ta cenna lekcja trwała kilka godzin, podczas których nasz gość został zasypany lawiną pytań. Nie miał pretensji, że skończyliśmy po północy.
Następnie, mimo dużego już zmęczenia, rozmawialiśmy do późna o żywotnych sprawach dotyczących drużyn wędrowniczych w naszej chorągwi. Podczas tej dyskusji zrodziło się kilka ciekawych pomysłów, które już wchodzą w życie. Tak bogaty w doznania dzień trzeba było zakończyć należycie i był to spacer ulicami (i mostami) Wrocławia około drugiej w nocy. Na jednym z najpiękniejszych mostów stolicy Dolnego Śląska – moście Milenijnym jeden z nas otrzymał od swojego hufcowego granatowy sznur. Przed trzecią udaliśmy się na zasłużony spoczynek.
Nie trwał on jednak zbyt długo… W niedzielę uczestniczyliśmy w porannej Mszy św. w Katedrze Wrocławskiej, po której udaliśmy się na ostatnią przechadzkę po starówce, na której mieliśmy okazję spotkać wiele… wrocławskich krasnali. Podczas niej jakiś miły starszy pan usiłował nas przekonać, że Kopernik się mylił, a Ptolemeusz miał rację… Popołudniu wszyscy wróciliśmy do domów. Oby częściej miały miejsce takie złazy, w jeszcze szerszym gronie.
Marcin Bogdanowicz, ćw.




