Rytmiczny stukot kół pociągu wybijał nieustannie monotonny rytm podróży, który był mi tak dobrze znany. Za oknem szybko przewijał się świat przystrojony w barwy wczesnej jesieni, złote liście drżały na mroźnym wietrze, a ludzie w grubych kurtkach spieszyli w każdą stronę. Mimo tego słonce górowało na bezchmurnym niebie i świeciło radośnie jak gdyby dopiero zaczynało się lato. Każdy podróżny, który dzisiaj spojrzał na ten widok cieszył się ostatnimi słonecznymi dniami. Lecz dziewiątka harcerzy spoglądając w dal przez okno widziała tylko nieuchronną zapowiedź przygody.
Rozdział pierwszy
Wrocław jedno z najstarszych i najpiękniejszych polskich miast , dawna siedziba księstwa wrocławskiego , siedziba władz pruskiej prowincji Śląsk i rejencji wrocławskiej, a dzisiaj cel naszej podróży. Ciężko jest przebrnąć przez nieustannie falujący tłum ludzi na remontowany dworcu kolejowym w jednej ręce prowadząc rower, a w drugiej niosąc plecak. Ale oto w końcu udaje nam się wydostać przed dworzec z jedną kotłującą się w nas myślą. Gdzie teraz?
Pierwszym zadaniem wyznaczonym przez komendanta kursu było odnalezienie i dotarcie do „Niebiańskiej kawiarni”. Jedyną wskazówką którą od niego otrzymaliśmy była tylko nazwa ulicy na której mamy szukać tego miejsca. Niewiele się zastanawiając ruszyliśmy klucząc starymi uliczkami i kamienicami w stronę centrum. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że brnąc tylko przed siebie prędko nie znajdziemy celu naszej podróży . Dlatego w myśl starego harcerskiego porzekadła „Kto pyta, nie błądzi„ postanowiliśmy zapytać mieszkańców o miejsce, w którym możemy znaleźć kawiarnię. O ile wielkie było nasze zdziwienie gdy każdy z przechodniów zarzekał się, że nie zna takiego miejsca w tym mieście. Zaczął się w nas rodzić lekki niepokój. Czy aby na pewno pamiętamy dobrze instrukcje od mojego komendanta? W końcu trafiliśmy na miejsce o podejrzanej nazwie „Coffe Heaven”. Czyżby to było miejsce którego szukaliśmy? Pozostało nam tylko czekać i wyczekiwać spotkania z naszą wtyczką. Tu zaczyna się drugie zadanie wyznaczone przez naszego komendanta. W wskazanym przez niego miejscu między godziną 18:30 a 19:30 mieliśmy spotkać się z naszym kontaktem . Poznać mieliśmy go po trzymanej w dłoni białej róży, a także umówionym haśle: Biała i odzewie: Róża . Usiedliśmy wygodnie w kawiarnianym ogródku czekając cierpliwie na pojawienie się umówionej osoby, powoli zbliżał się godzina spotkania w związku z czym zaczęli pojawiać się inni kursanci.
Godzina 19:00. Pojawia się, mówi niewiele, a rozkazy są krótki i proste – Macie godzinę, udajcie się na most piaskowy i spójrzcie na wschód. Zrozumieć wam pomoże ewangelia wg Św. Jana rozdział 14 werset 6. Szukajcie kolejnej osoby z biała różą. Szybko się pozbieraliśmy i udaliśmy do kolejnego miejsca spotkania. Ponieważ poznaliśmy się już na naszym komendancie spodziewaliśmy się, że cokolwiek czeka nas na moście nie możemy brać tego zbyt dosłownie. Ale mimo to spojrzeliśmy na wschód i ujrzeliśmy tylko panoramę miasta, którą przecinała przepływająca pod nami rzeka. Ja jestem drogą i prawdą i życiem Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie. Znowu spojrzeliśmy w dal. Most, dachy miasta, wieże kościoła, przepływając barka na rzece, dziewięć umysłów tężyło się nad zagadką i nic. W końcu komendant miłosiernie wysłał smsa ze wskazówką. Chodziło o przejście pod monumentalne wieże katedry Św. Jana Chrzciciela, nawet nie podejrzewałem się o to jak szybko z pełnym ekwipunkiem potrafię jechać na rowerze. Na miejscu czekał już na nas Zimek z białą różą w dłoni , po zameldowanie się komendantowi na kursie i apelu rozpoczynającym naszą trzydniową przygodę zabrał nas na zajęcia. Pierwszymi czekającymi nas zajęciami były zajęcia z phm. Danielem Rudnickim który przeprowadził wykład z podstawy metodyki zuchowej. Jeżeli wcześniej myślałem że 8 letni zuch i 17 letni wędrownik nie mają ze sobą prawie nic wspólnego po zajęciach prawie niczym się dla mnie nie różnią. Ostatnim etapem dzisiejszego dnia ( a przynajmniej tak nam się wydawało) było dotarcie na miejsce noclegu które okazało się jednym z oryginalniejszych miejsc w których spałem. Spaliśmy na barce, ale prawdziwym zaskoczeniem była dla nas harcówka która znajdował się w środku barki. Kwatermistrz wydał jedzenie i jak stado wygłodniałych wilków rzuciliśmy się do jedzenia, kiedy już zaspokoiliśmy pierwszy głód Zimek bez ostrzeżenia nas zaatakował. Każdy z nas przed kursem miał zastanowić się nad dwoma zagadnieniami : kim jest nasz autorytet i jak powinien wyglądać idealny drużynowy wędrowników . Niby dwa niepozorne i łatwe pytania przerodziły się w prawie dwu godzinną dyskusję. Zmęczeni trudami dnia zasnęliśmy szybko.
Rozdział drugi
– Pobudka ! I ostry jak brzytwa dźwięk gwizdka oboźnego który zrywa wszelkie sny , wszyscy jak z automatu wyskakują ze śpiworów i wstawiają się na powitaniu dnia . Zaprawa o październikowym mglistym poranku nad brzegiem rzeki jest jedną z przyjemniejszych rzeczy które mogą spotkać cię w twojej harcerskiej wędrówce. Ale zaraz zaraz, dlaczego mój zegarek pokazuje ze jest 06:00 rano? Przecież to jeszcze środek nocy.
Po zaprawie szybkie śniadanie, ztarcie z siodełek i kufrów od roweru centymetrowej warstwy szronu i już o 07:00 jesteśmy w trasie . Gdzie jedziemy, jak daleko cel przed nami i kiedy będzie obiad? Te i wiele innych odpowiedzi znał tylko nasz druh komendant który jakoś tak dziwnie się uśmiechając nie chciał zdradzać niespodzianek. Resztę dnia mógłbym opisać w jednym zdaniu: jechaliśmy tak długo że prawie tyłki nam poodpadały. Droga dla niektórych była walką z własnymi słabościami fizycznymi, inni walczyli z rowerami, a inni po prostu cieszyli się przejażdżką i podziwiali krajobraz. Ale w końcu dotarliśmy do celu naszej podróży, obozu pracy Gross Rosen w Rogoźnicy. Pierwszą i uderzającą głęboko rzeczą była kłócąca się powaga miejsca z pięknem krajobrazu, które o tej porze roku zabarwione złotem i miedzią pasuje bardziej do scenerii błogiej sielanki, niż miejsca w którym życie straciły tysiące osób. Stąpając po ziemi która pochłonęła tysiące ofiar, przewodnik opowiadał nam o życiu codziennym obozu. Mimo iż już wcześniej miałem okazję zobaczyć Auschwitz , Gross-Rosen nie wywarł na mnie mniejszego wrażenia. Horror który przeżyli ludzie w tym obozie sprawiał że cały czas miałem ochotę opuścić jak najszybciej to miejsce.
Jako iż kurs nie może składać się tylko z przygody, dobrej zabawy i zwiedzania, po obiedzie nadszedł czas na zajęcia stricte wędrownicze. Zajęcia w starej kantynie która znajdowała się na terenie obozu hm. Jacek Kurzępa poruszył zagadnienie naramiennika wędrowniczego, a także wartości które ze sobą niesie. Następne zajęcia o prawie harcerskim przeprowadził ks. hm. Krzysztof Bojko. Ostatnim etapem dnia było ognisko prowadzone przez druha komendanta, na którym przybliżył nam postać Floriana Marciniaka i jego historii, która zakończyła się na terenie Gross-Rosen. Wprost z ogniska w całkowitej ciszy przeszliśmy pod pomnik upamiętniający Floriana Marciniaka gdzie modlitwą zakończyliśmy 2 dzień wspólnej przygody.
Rozdział trzeci
Skoro świt ruszyliśmy w dalszą drogę, lecz ciężkie nie były tylko nasze plecaki ale i serca, wracaliśmy do domu. Nasza wędrówka zatoczyła pętlę i wróciliśmy do Wrocławia, część trasy przejeżdżając rowerami a resztę już pociągiem. Swoje kroki skierowaliśmy wprost do kościoła Garnizonowego gdzie spędziliśmy czas na porannej Mszy Świętej. Z kościoła udaliśmy się do miejsca, którego nie spodziewałem sie zobaczyć we Wrocławiu – do prawdziwego obozu harcerskiego rozbitego w centrum miasta! Po wzięciu udziału w porannym apelu ugościł nas hm. Marek Kamecki, który przygotował dla nas zajęcia o prowadzeniu drużyny harcerskiej.
W końcu nasz komendant postawił nas przed najtrudniejszymi zajęciami na całym kursie. Odgrywaniu scenek. Wcielaliśmy się na zmianę w role drużynowego i zwykłego wędrownika, który przychodził z problemem do swojego przełożonego. Rozmowa z wychowankiem? Nic trudniejszego Cię nie spotka przyszły druhu drużynowy.
Epilog
Na szczycie wieży matematycznej głównego gmachu Uniwersytetu Wrocławskiego stało nas dziesięciu, porywisty zimny wiatr wiał nam w plecy i próbował zerwać z głów rogatywki. Z samego szczytu doskonale było widać wszystkie kierunki świata w których niebawem każdy z nas podąży z bagażem nowych doświadczeń i wiedzy. Ktokolwiek spojrzał by na nas w tym momencie zobaczył by tylko spleciony braterski krąg. My czuliśmy tylko nieuchronną zapowiedź przygody.
Do zobaczenia na kolejnym etapie kursu – 4-6 XI 2011!
dh. Łukasz Springer „Brylek” wyw.
Foto: Adam Koszuta ćw. i phm. Michał Szmaj HR




