Ich grobów nie znajdziemy na cmentarzu. Ich matki, żony dzieci nie postawią ławeczki przy mogile by pierwszego listopada usiąść, zamyślić się, porozmawiać. Bo Oni wypłynęli i, do macierzystego portu nie wrócili. Jest jednak dzień zaduszny i piękna tradycja, którą w Świnoujściu podtrzymują od lat kapłani Duszpasterstwa Ludzi Morza Stella Maris, świnoujskie parafie ze wspólnotą Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Morza na czele, marynarze świnoujskiego Garnizonu Marynarki Wojennej, harcerze ZHR oraz setki mieszkańców i jesienni goście; kuracjusze i turyści. Niezwykłej oprawy marynarskich zaduszek dopełniają harcerze. Także w tym roku, 2 listopada setki ludzi dotarło w Dzień Zaduszny na brzeg morza, na świnoujskiej plaży by rozpalić w piasku ogień tej niesamowitej morskiej latarni i modlić się za tych, którzy nie powrócili z morza.
Na to światło oczekują specjalnie dusze tych, których statki straciły bezpieczny kurs. I uczestnicy tego spotkania ponieśli im to światło. W piaskach plaży zapłonęły setki lampek, W takiej scenerii, szczególnie przejmująco zabrzmiał apel ofiar morskich katastrof. Szum morza przebiły nazwy statków i pogrążonych w toni załóg, w tym założyciela harcerstwa polskiego Andreja Małkowskiego.
W obecności marynarskich mundurów, szczególnie przejmującym był morski apel poległych. Przypomniano Okręty Rzeczpospolitej, którym nie dane było powrócić z akcji w latach najokrutniejszej z wojen. Marynarze wspominali swoich kolegów w blasku jaśniejących flar.
Jeszcze długo po zakończeniu modlitewnego spotkania ludzie pozostawali na plaży. Starsi młodzi zapalali znicze. Płomienie były wyrazem osobistych tęsknot za bliskimi, których cmentarzem stały się głębiny ale także naszej zbiorowej wdzięczności za ich trud i ofiarę jaką ponieśli w służbie ojczyźnie, flocie, miastu








